Legenda o Mistrzu Twardowskim

Jan Mielniczek 'O TAJEMNICZYM LUSTRZE MISTRZA TWARDOWSKIEGO'
        
      W zakrystii węgrowskiego Kościoła Farnego znajduje się osobliwe metalowe zwierciadło. Na dużych czarnych ramach, w które jest oprawione, znajduje się napis łaciński: „Bawił tym zwierciadłem Twardowski wykonując magiczne sztuczki, teraz narzędzie zabawy zostało przeznaczone na służbę Bogu”.
Lustro to, owiane szeregiem legend, jest do dziś uważane przez wielu za „czarnoksięskie” i przynosi zarówno Kościołowi, jak i samemu miastu sławę w kraju, a także i za granicą.
Oto niektóre z tych przypowieści:
 
Lustro wywołujące duchy
 
         Po śmierci ukochanej żony, Barbary Radziwiłłówny, król Zygmunt August długo przebywał w głębokim smutku. Chcąc bodaj na chwilę ujrzeć swą byłą żonę, wymógł na znanym wówczas alchemiku i czarnoksiężniku Twardowskim, aby wywołał jej ducha z zaświatów. Jak głosili niektórzy dworzanie, stało się to w pewną zimową noc 1569 r. na Zamku Warszawskim. Po wydarzeniu tym władca wpadł w jeszcze większy smutek i melancholię, chciał znów ujrzeć Barbarę i pragnął, by czarnoksiężnik sprawił to najrychlej. Twardowski jednak odmawiał. W trzy lata później król zdecydował się na podróż. Namówił do niej Twardowskiego. Droga z Krakowa do Knyszyna wiodła przez Węgrów. Tu zatrzymano się na nocleg, tutaj też król Zygmunt ponowił, tym razem w sposób kategoryczny, żądanie – pragnie znów ujrzeć Barbarę. Twardowski dał się uprosić, postawił jednak warunek: Najjaśniejszy Panie – rzekł do władcy – gdy ujrzysz zmarłą, nie podnoś się z fotela, nie zbliżaj się do zjawy, nie mów do niej i jej nie dotknij, gdybyś to uczynił, dosięgnie nas obu niebawem niechybna śmierć, moje czarnoksięskie moce na nic tu się zdadzą. Wybiła północ, po wymówieniu zaklęć przez Twardowskiego pojawił się duch Barbary. Wzruszony król zapomniał o ostrzeżeniach, powstał z fotela i podszedł do zjawy, by ją ucałować. Gdy ją dotknął, Barbara znikła. Rozległ się krzyk przerażenia i hałas. To pękło lustro, z którego korzystał Twardowski do wywołania Barbary.
W pękniętym zwierciadle świadkowie tego niesamowitego wydarzenia ujrzeli straszny wizerunek diabła. Nazajutrz król opuścił Węgrów, po kilku dniach dotarł do Knyszyna. Tu miała sprawdzić się groźba Twardowskiego. Król wkrótce zmarł, a Twardowski przepadł bez śladu.
 
Lustro uzdrawiające chorych
 
        Następna legenda umieszcza lustro i jego właściciela w podwęgrowskiej wsi Jartypory. Mieszkał tu Twardowski w małej chacie, za towarzysza mając jedynie olbrzymiego czarnego psa o przeraźliwych ślepiach.
Żył na uboczu, nikogo ani nie odwiedzał, ani sam nie gościł. Nie dziwiło to specjalnie zajętych swymi sprawami mieszkańców wioski, jako że wielki pies budził rzeczywisty lęk.
- To diablik z piekła rodem, przyobleczony w zwierzęcą skórę – mawiali wieśniacy. Pewnego razu w leśnym torfowisku utonęła mała dziewczynka. Rozpaczającą rodzinę odwiedził wtedy Twardowski. Po odmówieniu przez niego niezrozumiałych dla innych zaklęć, dziecko ożyło.
          Odtąd Twardowski leczył wielu ludzi, zabierając śmierci niedoszłe ofiary. Stał się sławny na całą okolicę. Pewnego wieczoru odwiedził go bogato ubrany przybysz.
- Ratuj moje umierające dziecko – błagał czarnoksiężnika. Twardowski wziął na ręce nieprzytomnego chłopczyka i zniknął we wnętrzu chaty.
- A nie ważcie się wchodzić za mną do chaty – nakazał. Po kilku chwilach rozległ się huk na całą wieś, buchnął dym, zalśniło w całym domostwie.
- Boże, co z moim dzieckiem – zawołał przerażony ojciec i wdarł się do środka. W izbie nie było już nikogo, tylko w kącie na wilczej skórze leżał zdrowiutki chłopczyk, obok niego zaś ciężkie, lśniące, popękane lustro.
            Uradowany ojciec na pamiątkę tego niebywałego zdarzenia, kazał naprawić owo lustro i oprawić w nowe ramy, a z czasem jego potomkowie przekazali je węgrowskiemu kościołowi farnemu. Twardowskiego już we wsi nie widziano, przepadł jak kamień w wodę, podobnie jak jego ponure psisko.
- To był zaprzedany złym mocom człowiek – mówiono później – oddał im swą duszę w zamian za moc uzdrawiania, w końcu piekło upomniało się o niego.
 
Lustro ukazujące przyszłość

Jeszcze inne przekazy podają, że każdy, kto chuchnął w lustro, a następnie wpatrywał się w nie, widział swą przyszłość.
 W 1812 roku, gdy Wielka Armia Napoleona Bonaparte podążała na Rosję, jej wódz będąc w Węgrowie zapragnął w magicznym zwierciadle odczytać losy wojny.
Tak też się stało. Cesarzowi przyniesiono lustro, władca zbliżył się do niego przejrzał w nim, po chwili wściekły gwałtownie je odepchnął, które przewróciwszy się pękło.
 Możemy tylko się domyslić, że w zwierciadle Twardowskiego, Bonaparte ujrzał wizje klęski swojej armii na polach Rosji.
W ubiegłym stuleciu – według niektórych przekazów – lustro miało znajdować się w posiadaniu Ronikierów mających swój majątek w okolicach wsi Korytnica.
Był to czas narodowych powstań, gdy społeczeństwo polskie podejmowało bohaterskie wysiłki zmierzające do odzyskania niepodległości.
Pewnej nocy na dworze Ronikierów pojawił się nieoczekiwany gość. Był to przyjaciel dziedzica ścigany za działalność spiskową przez wojska carskie. Pragnął tu chwilę odpocząć. Jego oddział był już rozbity, a jego godziny wydawały się być policzone.
- Zginę wkrótce, osierocę najbliższych, nic już mnie nie uratuje – rozpaczał młody człowiek.
- Przyjacielu – rzekł Ronikier, nie trać nadziei, możesz już teraz dowiedzieć się, że nie czeka cię zguba.
- Jak to? - zdziwił się powstaniec – nie rozumiem. I tu właściciel majątku wyjaśnił, że posiada lustro, z którego można odczytać przyszłość. Przyniesiono zwierciadło, młodzieniec przejrzał się w nim i zdziwiony ujrzał tam starca z siwą, długą brodą.
- Widzisz sam – powiedział gospodarz, ujrzałeś tam siebie, nie zginiesz, dożyjesz sędziwego wieku.
Rzeczywiście tak się stało, choć powstaniec nie uniknął aresztowania i zsyłki na Sybir, nie zginął, wrócił do kraju i dożył późnej starości.
          Są i współczesne przekazy na temat niespotykanych właściwości lustra. Podaje je wieloletni zakrystianin kościoła farnego, wielki miłośnik historii Węgrowa, p. Franciszek Rozwadowski.
- Sam zajrzałem kiedyś do lustra, ujrzałem krzyż i cóż – zmartwiłem się bardzo, wywróżyłem sobie, że czekają mnie kłopoty, a może i nieszczęście. I tak było – twierdził pan Franciszek – mój syn uległ groźnemu wypadkowi.
          Inny przykład z ostatnich lat. Gdy odwiedzała Węgrów grupa studentów, jedna z dziewcząt koniecznie chciała przejrzeć się w lustrze. Ponieważ na upór kobiety nie ma lekarstwa, uczyniła to.
- Zobaczyłam kratę, coś takiego – powiedziała wyraźnie rozgoryczona. Chyba niesłusznie, wkrótce nadszedł grudzień 1981 roku i wielu młodych, odważnych ludzi zostało internowanych. Lustro nie kłamało, zapowiadało nieszczęście i uwięzienie – zakończył pan Franciszek Rozwadowski.
Czy warto przejrzeć się w lustrze mistrza Twardowskiego?
Czy naprawdę zawsze warto wiedzieć, co nas czeka?